Zdjęcie będące tłem strony
90-lecie WKN
x
Historia KapitanaTrzepałko
Tekst: Paweł Wargenau
Tygodnik Podhalański, 7.04.2010
Na zdjęciu rodzinnym Kpt. Trzepałko pierwszy z prawej

II Wojna Światowa okaleczyła moją rodzinę. Brat mamy, podporucznik Armii Krajowej, życiem przypłacił udział w Powstaniu Warszawskim. Dziadek Edmund ze strony ojca dopiero przed śmiercią w 1974 roku wyznał rodzinie, że był oficerem AK. Po prostu się bał, aby jego dzieci i wnuków nie spotkał los rodzin kilku jego kolegów. Patriotyzm i szacunek dla historii przekazali mi rodzice. Pierwszy raz o kapitanie wojska polskiego Franciszku Trzepałce usłyszałem mając niespełna siedem lat. – To był mój ojciec chrzestny, zamordowali go Sowieci w Katyniu – usłyszałem od swojego taty. Kilka lat później mamę wezwano do szkoły. – Jeśli syn ma skończyć podstawówkę, niech lepiej nic nie mówi o Katyniu – poradził wychowawca. Podstawówkę ukończyłem, jak kolejne szkoły. Nie zaniechałem jednak poznawania historii mojej rodziny.

Przed śmiercią babcia Stanisława opowiedziała mi więcej o historii kapitana Trzepałki. Był przyjacielem całej rodziny Wargenau. Urodził się 2 kwietnia 1891 roku w Otwocku. Mój tata urodził się w tym samym dniu i miesiącu i fakt ten zadecydował o tym, że kpt. Trzepałko został jego ojcem chrzestnym. Na co dzień był pracownikiem I Okręgowego Sądu Wojskowego w Warszawie. Całe dorosłe życie związał z Warszawą i ukochanymi Tatrami. Był jednym z założycieli i członkiem zarządu Warszawskiego Klubu Narciarskiego. W zarządzie WKN ściśle współpracowała z nim moja stryjeczna babcia Edyta Wargenau, która jeszcze długo po wojnie pracowała w sekretariacie WKN. Kpt. Franciszek Trzepałko doprowadził wraz z innymi pasjonatami Tatr do budowy schroniska na Polanie Chochołowskiej, które oddano dla potrzeb turystów 31 grudnia 1934 roku. Wizytował też wielokrotnie drugie schronisko należące do WKN, położone w Rafajłowej (obecnie Ukraina), którego kierownikiem do momentu wybuchu wojny był mój stryjeczny dziadek Borys Wargenau.

Kiedy 17 września 1939 armia sowiecka bez wypowiedzenia wojny przekroczyła wschodnią granicę Polski, kpt. Trzepałko trafił do niewoli. Było to około 28 września 1939 roku pod Lublinem. Razem z tysiącami innych polskich oficerów został umieszczony w obozie NKWD w Starobielsku. Od tego momentu informacje od niego były już niestety szczątkowe. Między październikiem 1939 roku a kwietniem 1940 roku dotarły do mojej rodziny trzy karty pocztowe, pisane ołówkiem kopiowym. Zapewniał w nich, że czuje się dobrze, ale dręczy go tęsknota. Nie napisał nigdy, bo napisać nie mógł, o warunkach, w jakich przyszło mu spędzić ostatnie miesiące życia. Ostatnia karta pocztowa datowana była 7 kwietnia 1940 roku i od tamtej chwili żadnych informacji już nie było. Dopiero w 1943 roku, kiedy hitlerowcy ogłosili całemu światu wiadomość o odnalezieniu masowych grobów polskich oficerów w okolicach Katynia i Miednoje, jego żona Anna zaczęła domyślać się, jaki los spotkał ukochanego męża. Jakby tego było mało, w 1940 roku w Oświęcimiu zamordowany został ich jedyny syn, Tadeusz.

Po zakończeniu działań wojennych pani Anna przez kilka lat każdego dnia wieczorem zasiadała przy radioodbiorniku i słuchała audycji „Skrzynka poszukiwania rodzin PCK” w nadziei, że wiadomość o śmierci jej męża nie potwierdzi się. Niestety, nazwisko jej męża pojawiło się już na pierwszej dokładnej liście katyńskiej autorstwa Adama Moszyńskiego, opublikowanej w 1951 roku. Ponieważ zawierała ona dane nie tylko jeńców z Kozielska, ale również z Ostaszkowa i Starobielska, dla całej mojej rodziny stało się jasne, że kpt. Franciszek Trzepałko podzielił los kilkunastu tysięcy innych oficerów. W moim archiwum rodzinnym znajduje się też oryginał dokumentu świadczącego o totalnym zakłamaniu i ukrywaniu prawdy w latach powojennych. Świadectwo Zejścia wystawione na nazwisko Franciszek Trzepałko stwierdza, że chrzestny mojego taty zmarł 9 maja 1946 roku, bez podania miejsca zgonu. Tylko dzięki tej kartce papieru jego żona Anna mogła otrzymać rentę, która jeszcze w latach siedemdziesiątych wynosiła 49 zł. Pamiętam, że jako dziecko wielokrotnie rozmawiałem z panią Anną, ale nigdy nie miałem śmiałości zapytać jej o szczegóły dotyczące śmierci jej męża. To jednak nie koniec tej bliskiej mi historii – kpt. Franciszek Trzepałko powrócił do swojej ukochanej Doliny Chochołowskiej. W 1958 roku przedstawiciele WKN zasadzili przed odbudowanym schroniskiem 7 limb w hołdzie tym członkom WKN, którzy zginęli w czasie II Wojny Światowej. Jedna z nich poświęcona była właśnie kpt. Trzepałce. Zasadziła ją moja stryjeczna babcia Edyta. Na ścianie należącego dzisiaj do PTTK schroniska widnieje też poświęcona budowniczym przedwojennego obiektu pamiątkowa tablica, na której umieszczono również nazwisko chrzestnego mojego taty. W ten sposób historia człowieka, który pokochał Tatry miłością prawdziwą, zatoczyła koło. Szkoda tylko, że tak bardzo dla niego i jego najbliższych tragiczne.

Pamięci pani Anny Trzepałko i wszystkich rodzin dotkniętych zbrodnią katyńską moje wspomnienie poświęcam.

Paweł Wargenau
x
Jak ustanowiłem „Puchar Rodzinny”
Wspomnienie Andrzeja Sykuta nadesłane z USA w jubileuszowym roku 2013

Było to dawno temu...

Zjazdowe Mistrzostwa Warszawy odbywały się tradycyjnie na Wielkanoc w Suchym Żlebie na Kalatówkach. Był to jeszcze okres organizacji spontanicznej: nie było fotokomórek, cellular-fonów, komputerów i funduszy na tę imprezę. Ale zainteresowanie było duże, zawsze ponad 200 startujących.

Zamawiałem patrol GOPR-u, „układałem się” z Zygmuntem Dulskim – bo Kalatówki to było jego królestwo. Sam wnosiłem wiązki wypożyczonych tyczek na górę Żlebu i ustawiałem slalom. Byłem w świetnej kondycji po powrocie z najlepszej na owe czasy narciarskiej Akademii Narodowej ENSA (Ecole Nationale de Ski et D’Alpinisme) w Chamonix, gdzie jako pierwszy polski uczestnik uzyskałem tytuł instruktorski. Przy pomocy kilkoro instruktorów i przyjaciół przeprowadzałem te zawody. W 1968 r pomagali mi Ela i Andrzej („Negro”) Sławińscy, Hania Wierzyńska, Janusz J., Lusia Wysocka i na mecie sekretariat WKN-u.

Pomiar czasu był na ręczny stoper, poprzez radiotelefon. Wymyśliłem wówczas i zaproponowałem nowy regulamin - aby obok klasyfikacji w poszczególnych, indywidualnych grupach, zsumować czasy dwóch osób z tej samej rodziny. Startowało zazwyczaj kilka małżeństw, rodzeństwa, dzieci z rodzicami... Pomysł spodobał się. Wyzwalał współzawodnictwo, pobudzał rodzinne ambicje...

Pierwszy Puchar ( 1968 r.) wygrało małżeństwo Hania i Janusz Jabłońscy. A potem to już poszło: wspaniałe siostry Ania i Marta Grzegrzółka, Czaińscy, Rogozińscy, ponownie Grzegrzółka, ojciec Eugeniusz z Anią.....

W trzecim roku musiałem dopracować – z pomocą papy Staszewskiego i Wojtka Łepskiego – formułę zamiany sumy czasów na sumę punktów. Po 10 latach, i my, z moją rodziną - Sykutowie - włączyliśmy się do tego współzawodnictwa, głównie Monika z Marcinem, a także Marynia i Andrzej, wygrywając Puchar 8 razy, na zmianę z Wieczorkami, Niemińskimi, siostrami Gajewskimi, aż do Przelaskowskich, Staszewskich, Sinczaków i Łodzińskich w 90 roku. Potem nasza rodzina rozjechała sie po świecie.......

Ostatnio wpadł mi w ręce komunikat z roku 2004, gdzie Puchar Rodzinny, wygrali Derwinisowie, a sklasyfikowanych było 44 par!!!
Cieszy mnie ogromnie kontynuacja i ciągłe zainteresowanie tymi zawodami. Cieszy mnie również to że, obecni organizatorzy nazwali Puchar Rodzinny imieniem mojego zmarłego Przyjaciela - Janusza Pawlika.

Serdecznie pozdrawiam,
Andrzej Sykut
x
C. D. N.